piątek, 28 sierpnia 2015

DZIEŃ 153,154 - A TO CIEKAWE...

Zauważyłam taką dziwną zależność - kiedy piszę lekko i przyjemnie, to liczba czytelników bloga rośnie, a kiedy poruszam poważne sprawy, jak w ostatnim poście, czyli pedofile i zdjęcia dzieci. to czytelników ubywa. Po moim poście o publicznym udostępnianiu zdjęć swoich pociech, ubyło mi nawet jednego obserwatora .Czyżby ktoś się obraził? Nie było o co, czasem prawda w oczy kole, ale jakby nie było to prawda. Pomijając to jednak, wysuwam wniosek, że wolicie czytać przyjemne rzeczy. I wcale się nie dziwę, bo ja też takie wolę. Życie i tak jest już trudne, żeby dodatkowo katować się nieprzyjemnymi postami. Tylko jest problem - ja nie umiem ciągle pisać "lekko". Miał być blog o życiu, moim życiu, o moich przemyśleniach i doświadczeniach. Jeżeli miałabym pisać tylko o fajnych dni, to posty pojawiałyby się może trzy razy w miesiącu. To tyle marudzenia. Zaczynamy codzienne streszczenie.
Nie było wczoraj wpisu, bo i siły nie było. Był za to katar, kaszel, gorączka i"te"dni,wszystko na raz.Wieczorem to już nawet nie myślałam o pisaniu. Bo i o czym? O smarkaniu i łykaniu tabletek przeciwbólowych? Eeee, chyba nie... Powiem szczerze, że nawet nie pamiętam co się wczoraj działo. Niby byłam, niby rozmawiałam, a nie wiem z kim i o czym. Normalnie jakbym miała przerwę w życiorysie. Jedyne co pamiętam dobrze, to wizytę kuzynki i jej synka (trzy dni młodszego od mojego młodego). Uwielbiam ją, jest jedną z najukochańszych osób jakie w życiu poznałam. Nawet w ciąży byłyśmy w tym samym czasie (przypadkowy zbieg okoliczności), a kiedy ja urodziłam, to ona była przy mnie też już z bólami porodowymi, z tym, że ona myślała, że to od zmęczenia ;) Nasze chłopaki są równolatkami. Mój synek niestety jest nieco w tyle za kuzynem, jeżeli chodzi o sprawność fizyczną (miał długo słabe napięcie mięśniowe) i kiedy tamten wdrapuje się na zjeżdżalnie i zjeżdża, to mój tylko patrzy, bo zwyczajnie sam nie umie wejść. Mimo tego bawili się świetnie,
oczywiście zawsze jedną i tą samą zabawką. Udało nam się jednak nieco poplotkować, między jednym, a drugim rozdzielaniem chłopaków.

Dziś czułam się jeszcze gorzej. Synkowi musiałam włączyć bajki, a ja drzemałam w łóżku, żeby jakoś dojść do siebie. Małemu to się podobało, ale ja mam wyrzuty sumienia, że tyle godzin spędził przy laptopie. Dopiero po południu byłam w stanie zabrać go na dwór, ale upał szybko nas wygonił z powrotem do domu. Na szczęście przyjechał mąż i zajął się dzieckiem. Tym razem stanął na wysokości zadania i całe dwie godziny miałam tylko dla siebie. Włączyłam sobie więc muzykę z Greya (trzeba przyznać, że jest rewelacyjna)i zabrałam się za.. .sprzątanie kuchni. Powiedzcie sami czy ja jestem normalna? Mogłam tego nie robić, ale nie dawało mi to spokoju, bo do córki przyjechała przyjaciółka z Warszawy i chciałam mieć czysto. Dziewczyny mają tyle samo lat i tak samo na imię (Ola). Pamiętam jak się poznały, w naszej ukochanej Jagodzie w Sarbinowie. Miały chyba dziesięć lat. Ciągle się kłóciły, ale kumplowały nadal. Bałam się je puścić gdziekolwiek same, bo lat miały niewiele, a teraz, po sześciu latach same przez pół Polski jadą. Leci ten czas, leci.Cieszę się, że córka ma taką przyjaciółkę, normalną dziewczynę, nie wywyższającą się i potrafiącą tą moją marudę sprowadzić czasem na ziemię. Przyjaciółkę twardo stąpającą po ziemi, bo moja Ola to raczej żyje w innym świecie, świecie marzeń i wyobrażeń. Powiem Wam, że koleżanki córki, te z naszej wsi robią się czasem bardziej miastowe od dziewczyn z Warszawy.

No i tyle na dziś. Teraz piję polopirynkę mimo, że moja babcia mówiła, że mleko z miodem i czosnkiem jest skuteczniejsze, jem kolację i zmykam do spania, bo czas najwyższy wyzdrowieć :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka