niedziela, 13 września 2015

DZIEŃ 171 - CHCĘ WIĘCEJ...

 

"Chcę więcej" i "Naszym celem jest sprawianie przyjemności" to moje dwa ulubione cytaty z wiadomo jakiej książki ;) Kiedy nie myślę o problemach, kiedy mogę, kiedy mam czas, to właśnie tego chcę - WIĘCEJ i PRZYJEMNOŚCI :). Pewnie pomyślicie, że znów nawijam o seksie? A właśnie, że nie ;) tym razem nie. Wszyscy wiedzą, że mój blog jest typowo kobiecy, chociaż faceci też coś tu znajdują, bo czytają moje posty:), ale nie o tym miałam pisać. Blog jest kobiecy, i piszę tu o moich uczuciach, zmiennych nastrojach, burzy hormonów, niepewności, złości i miłości.

My kobiety, chyba wszystkie tak mamy, tzn.jesteśmy humorzaste i zmienne w nastrojach?

Co dla mnie znaczy WIĘCEJ? Głównie uczucia, a zwłaszcza okazywanie mi uczucia przez mojego M. Mam takie dni, że nie mogę żyć bez słów "kocham Cię", bez wyraźnej adoracji i czułych gestów. Tych dni jest sporo i podziwiam męża, że daje radę. Czasem udaje, że tego nie widzi, albo zwyczajnie mu się nie chce, a wtedy czuję się odrzucona. Po trzynastu latach małżeństwa ciągle jestem spragniona WIĘCEJ. I dziś nastał właśnie ten dzień. Z racji tego, że jestem dość zamkniętą osobą, a mój mąż mało domyślny, nie doczekałam się fajerwerków. Mój M jest, jakby to powiedzieć... ułożony... nie to złe określenie... po prostu trzeba mu mówić co i jak drukowanymi literami, co mi przychodzi z trudem. Owszem zrobi wszystko co powiem i chwilami mnie to już męczy, bo wolałabym żeby sam z siebie dochodził do pewnych wniosków, żeby tupnął nogą, albo dał mi klapsa ;) (aj ta wyobraźnia). Już wiem jaki jest... ostrożny... po co się wysilać, skoro można poczekać na sygnał i wtedy wiadomo, że nie będzie plamy :). I tak cały dzień zeszło na próbie sił, ja zawzięta i nerwowa, a on udający Greka :) Żeby trochę zapomnieć, wybrałam się do lasu, oczywiście z eskortą w postaci synka, męża i córki. Długo jednak wycieczka nie trwała, bo małemu podobało się na moment, a potem to tylko wrzeszczał. Więcej z tego nerwów było niż pożytku. Oczywiście mąż nie omieszkał wspomnieć, że mały wrzeszczy całkiem jak ja, więc nie byłam mu dłużna i odpowiedziałam, że skoro on jest taką oazą spokoju, to może więcej się nim zajmie i synek będzie cichutko. I tak od słowa do słowa, awantura gotowa. Mimo całego zamieszania, zrobiłam kilka zdjęć.





Punkt dla tego, który dojrzy na dwóch ostatnich zdjęciach żabkę ;)

Po południu obrażona poszłam się zdrzemnąć, a potem odwieźć córkę do bursy. I ten czas do Cieszyna i z powrotem pozwolił mi odetchnąć i uspokoić się. Po powrocie do domu przytuliłam się mocno do męża i widziałam, że jemu też mocno ulżyło. Taki już chyba nasz kobiecy los, że niby jesteśmy słabe, ale bez nas faceci by zginęli. Warto jednak było, bo czeka mnie romantyczny wieczór - szkoda tylko, że zainicjowany przeze mnie.

Muszę jednak dodać dla wyjaśnienia, że mąż nie zawsze tak ma, dziś ta niechęć związana bardziej chyba była ze skutkami ubocznym chemioterapii, bo kiedy czuje się dobrze, to ma przebłyski i potrafi być romantyczny. Taki jakiego poznałam i pokochałam ...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka