wtorek, 14 czerwca 2016

439, 440, 441, 442 - PARADOKSY, LUDZKA EMPATIA I WALKA...



O paradoksach w polskiej służbie zdrowia wszyscy chyba już słyszeli i pewnie większość odczuła to na własnej skórze. Ja zawsze myślałam, że to wina systemu czy polityki, lecz w ostatnich dniach okazało się, ze to wina ludzi, ich złośliwości, lenistwa i niewiedzy.


No cóż, moje ostatnie dni kręciły się non stop wokół tej jakże potrzebnej instytucji. Historie leczenia naczyniaków u córki już znacie. Najpierw szpital w Cieszynie, potem dwie operacje w Katowicach Ligocie, potem Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, a teraz nadszedł czas na Gdańsk. Zdawać by się mogło, że właśnie tam wszystko będzie już proste i może będzie, ale najpierw trzeba zrobić badanie i zapłacić. Kiedy otrzymałam maila od doktora z nazwą badania, pomyślałam, że to nic trudnego. Rezonans umówiłam na następny dzień, a tam... popatrzyli na mnie jakbym im matkę zabiła. Lekarz zwyczajnie nie miał pojęcia o co chodzi. Śmieszne prawda? Doktor zlecający twierdził, że to powszechne badanie i zleca go od lat. Pomyślałam "no dobra, przypadek", ale na wszelki wypadek zaczęłam dzwonić po innych pracowniach RM i... nikt takiego badania nie robi...przynajmniej na Śląsku. Kolejny dzień dzwoniłam po całej Polsce i nadal nic. Może gdyby udało się porozmawiać z lekarzami to coś by z tego wynikło, ale okazuje się, że firmy mające RM zatrudniły konsultantów, niedouczonych i niezbyt chętnych do pomocy. Oczywiście bezpośredniego numeru telefonu do placówek nikt mi nie chciał podać. Kiedy już znalazłam RM, który taki rodzaj badania wykonuje, w szpitalu w Gdańsku (ponad 600 km. ode mnie) znów zonk - nie robią prywatnie, a czas oczekiwania wynosi dwa lata. Nawet do NFZ zadzwoniłam zapytać o listę placówek, a tam usłyszałam odpowiedź, że mam wysłać do nich podanie, z prośbą o taką listę, a oni mi odpiszą w ciągu trzydziestu dni. To chyba największy paradoks jaki w tych dniach usłyszałam. CO TO MA BYĆ? Przyznam się szczerze, że byłam bliska zwątpienia i odpuszczenia.

Chyba pierwszy raz w życiu miałam zamiar zostawić to wszystko i gdyby chodziło o mnie, pewnie bym tak zrobiła, ale nie chodzi o mnie, tylko o moje dziecko... Po tysiącach telefonów i maili pozostał mi już tylko facebook, na którym są fp. firm z RM. Napisałam do pięciu. Odpisały trzy. W jednej zaproponowano mi podobne badanie, ale jednak nie to, w drugiej zadano głupie pytanie, a trzecia potraktowała mnie po ludzku i... podano numer telefonu do lekarza i termin w którym mogę go zastać. Wielkie było też moje zaskoczenie, kiedy zadzwoniłam i odebrała przemiła Pani, która wiedziała już w jakiej sprawie dzwonię. Dzwoniłam kilka razy, bo Pan doktor był akurat w trakcie badania, potem zostawiłam swój numer i lekarz oddzwonił w ciągu piętnastu minut. Wysłuchał mnie, cierpliwie czekał kiedy czytałam mu maile, w których miała napisany rodzaj badania i zrozumiał o co chodzi. Nie mogłam w to uwierzyć, że nareszcie ktoś nie potraktował mnie jak intruza. Kolejną niespodzianką było to, że Pan doktor stwierdził, że jak najbardziej to badanie jest wykonalne, mimo, że nie ma go w cenniku. Boże, jak mi ulżyło. Co prawda nie będzie go w tym dniu, kiedy mamy badanie, ale obiecał ( po moim trzykrotnym upewnianiu się, że nie zapomni), że jego kolego zrobi to bardzo dobrze, a on mu wszystko wcześniej opisze. Do końca uwierzę jednak, dopiero jak będzie po badaniu. Po tym wszystkim, po tych kilku dniach spędzonych na dzwonieniu, czułam, jakbym miała na sobie wielki głaz. Niesamowity to ciężar taka bezsilność i odpowiedzialność za zdrowie dziecka i myśli w głowie... Rok wcześniej miałam podobną sytuację z młodsza córką i guzem, który miała w stopie. Wtedy lekarz zlecił jakieś dziwne badanie usg, z tym, że tu było prościej, bo odbywało się to w naszym pobliskim szpitali i zwyczajnie poszłam do ordynatora na skargę. Od razu dało się córkę przyjąć na oddział, zrobić USG i RM i zoperować.  W obecnej sytuacji nie jest łatwo, bo my mieszkamy na Śląsku Cieszyńskim, a lekarz w Gdańsku, więc podjechanie na skargę jest niemożliwe. Nie szukam tu użalania się, ale pokazuję Wam, jak jedna osoba, której się chce zrobić coś więcej niż minimum może pomóc drugiej osobie. Jak wiele znaczy trochę ludzkiej empatii i potraktowanie nas jako osoby, a nie numerki. Mam nadzieję, że w piątek, w pamiętnikowym poście będę mogła Wam napisać,że jesteśmy już po badaniu. Już nawet nie chcę myśleć o tym, że to tylko początek, a tych początków miałyśmy w życiu już sporo i tak mi się marzy, żeby któreś dnia móc powiedzieć, że nadszedł koniec walki, że już nie trzeba...

 

To tyle spraw, które najbardziej mnie ostatnio absorbowało. Oprócz tego, w każdej wolnej chwili staram się zagotowywać czereśnie i nadal szukam mojej pomarańczowej sukienki, którą mąż uważa za niebieską (znacie tą historię z mojego fp. na facebooku), ale za to znalazłam słonika, który jakieś pół roku temu się zawieruszył. Odnalazł się w łóżku, widocznie wpadł przez jakąś szparę. Jest on dla mnie bardzo ważny ze względów sentymentalnych. Podarował mi go mąż nad morzem, kiedy byłam w ciąży z synkiem, a do tego dowiedzieliśmy się, że maż choruje na raka. Myśleliśmy wtedy, że to nasze ostatnie wczasy. Ten słonik jest symbolem naszej miłości i walki.

Nareszcie mam tez swój regał na książki. Pewnie by go nie było, gdyby nie zepsuty telewizor i kupno nowego. Po prostu poprzedni telewizor stał na półce, a obecny wisi na ścianie. We wnęce po poprzedniku wystarczyło dorobić półki i regał gotowy. Na zdjęciu widać jeszcze puste półki, bo robiłam go zanim pozbierałam je z całego domu. Dziś już miejsca brakuje, a spora część książek nadal czeka na swoje miejsce w kartonach na strychu i czas pomyśleć o regale na całej ścianie, zwłaszcza, że już dziś lecą do mnie kolejne publikacje, a dodatkowo synek też zaczyna mieć swoją, dość konkretnie wyposażoną biblioteczkę ;).


A jak u Was z książkami?Macie je gdzie trzymać czy pozbywacie się ich na bieżąco?

10 komentarzy :

  1. Jejku człowiek już nawet prywatnie nie może się leczyć :( mój mąż zaczął się teraz leczyć i to co się dzieje to jakaś porażka :(
    A co do książek - jeszcze jakiś czas temu książki oddawałam, a teraz mąż robi mi półki na książki więc będę je trzymać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym nie miała serca oddać, dlatego leżą sobie na strychu.

      Usuń
  2. ja marzę o swoim regale na książki, Twój mi się bardzo podoba:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też mam już dosyć tego bałaganu w służbie zdrowia. Od miesiąca zjadam nerwy przez lekarzy i cały system, gdyż bardzo zachorowała bliska mi osoba. Boję się co będzie dalej, nie ufam temu systemowi i widzę ogromne zaniedbania. Dopiero kiedy człowiek zobaczy to na własne oczy, uświadamia sobie jak jest źle :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nadal uważam, że to nie wina systemu, tylko ludzi.

      Usuń
  4. Regał się zapełnia i to w szybkim tempie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jest przepełniony. Zdjęcie zrobiłam zanim ułożyłam wszystkie ksiązki.

      Usuń
  5. Szkoda gadać co się dzieje w tej służbie zdrowia i w urzędach, to jak się traktuje zwykłego,prostego człowieka woła o pomstę do nieba, powinno się ich wszystkich nagrywać i wysyłać do Uwagi albo wrzucać na internet i tak obsmarować żeby im łyso było. Moja mam wczoraj miała załatwienie w NFZ, a tam jakiś stary, wredny babsztyl, który już dawno powinien być na emeryturze, zamiast rozmawiać z nią jak z człowiekiem, to się wydzierał po niej jak po psie, szkoda gadać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymam kciuki za to by wszystko udało się z badaniami. Ojej masz dużo książek. Szkoda, że mieszkasz tak daleko to byś mi trochę pożyczyła do poczytania :D

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś. Twoja obecność jest moją motywacją. Jeżeli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza - odwdzięczę się tym samym, jeżeli zaobserwujesz - również to zrobię.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka