piątek, 10 kwietnia 2015

DZIEŃ 6 - NIENAWIDZĘ TEGO MIEJSCA...WALKA Z RAKIEM

 

Jest takie miejsce, które szczerze kocham, jednocześnie szczerze nienawidząc. Kocham za to, że mąż dostał tam szansę na drugie życie (lub godne teraźniejsze), a nienawidzę za to, że takie miejsca w ogóle muszą być. Trzy razy w miesiącu towarzyszę mężowi w drodze do tego miejsca - na badania krwi, na wizytę lekarską i na TK. Za każdym razem idąc korytarzami widzę setki ludzi, młodych i starych, wesołych i smutnych. Takich, którzy mają nadzieję, bo są na początku swej walki i takich, którym blask w oczach już gaśnie... bo walkę przegrali. Za każdym razem coraz bardziej podziwiam męża za słowa, które ciągle mi powtarza"



"nie martw się kochanie, to nie ja jestem chory na raka tylko rak choruje na mnie"

Czekając dziś na męża, kolejny raz widziałam wielu chorych, ale mój wzrok przykuła matka z córką, taką może siedmioletnią.Tuliły się do siebie, coś szeptały. Matka należała do tych chorych, których blask w oczach zgasł... Ona kończyła już swoja drogę. Nie jestem w stanie ubrać w słowa tego, co czułam patrząc na nie. Niewyobrażalny ból... strach... bezsilność i gniew. Matka, musi zostawić swoje dziecko, nie ma wyjścia. Na pewno walczyła z całych sił dla siebie i dziecka i... przegrała. Łzy same płynęły. Nie mogę nawet sobie wyobrazić siebie na jej miejscu... a mój mąż na takim miejscu właśnie jest.

Nasza historia zaczęła się trzy lata temu, kiedy to pewnego ranka zaczął sikać krwią. Nie moczem zabarwionym krwią, ale samą krwią ze skrzepami. Nie czuł bólu, to był jedyny objaw, że coś jest nie tak. Co prawda leczył się od kilku lat na ból kręgosłupa (tak zdiagnozowała go neurolog). Z czasem okazało się, że diagnoza była błędna. W tym samym dniu zrobiliśmy USG. Lekarz, który je robił, wykrzyknął w pewnym momencie "k..wa, co to jest?". To coś "przylepiło się do nerki męża i było już dwa razy większe od niej. Skierowanie do szpitala i operacja usunięcia całej nerki - zajęło nam to tydzień. Potem oczekiwanie na wynik badania histopatologicznego. Wiedzieliśmy już co to jest, ale czekaliśmy z nadzieją, że może jednak to nie to. Wynik był jednoznaczny: RAK JASNOKOMÓRKOWY NERKI,III STOPIEŃ ZŁOŚLIWOŚCI.

Przy trzecim stopniu złośliwości przeżywalność wynosi około 5-ciu lat. W tym samym czasie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Pomyślałam wtedy "życie za życie?" Wiecie, mój syn ma na imię Ireneusz, tak jak jego tata, bo... bo chcę, żeby choć tyle mi po mężu zostało. Z tym wynikiem udaliśmy się do BESKIDZKIEGO CENTRUM ONKOLOGII W BIELSKO-BIAŁA, gdzie Pan doktor otoczył męża opieka najlepszą z możliwych. Niestety to nie wystarczyło, był przerzut do płuca - kolejna operacja i kolejne przerzuty, tym razem nieoperacyjne. Onkolog męża zawsze powtarza, że rak nerki jest nieprzewidywalny, bo potrafi zabić w momencie i tak samo szybko potrafi "się wyleczyć". Postanowiono włączyć SUTENT. 

SUTENT jest chemioterapią w tabletkach. Nie wyleczy, ani nie cofnie choroby, ale potrafi utrzymać ją w ryzach. Stosuje się go przez cztery tygodnie codziennie, a potem dwa tygodnie przerwy. Na raka nerki nie ma po prostu lekarstwa. Przy innych odmianach raka (oczywiście nie wszystkich), stosuje się chemioterapię dożylną, która jest w stanie cofnąć chorobę. Skutki uboczne SUTENTU (jak i pozostałych chemioterapii) są okropne. Po dwóch tygodniach stosowania mąż nie jest w stanie chodzić, przez pęknięte palce w stopach i sączące się rany. W ciągu pół roku, jego czarne włosy stały się białe jak mleko.


Codziennie zastanawiam się jak on to wytrzymuje. Jak to jest, że potrafi raka traktować tak lekko, jak przeziębienie? Wiem, że jest uzależniony od mojego nastroju i jeżeli ja się załamię to on też. Staramy się żyć normalnie, kłócić się i godzić, śmiać i płakać. Co roku wyjeżdżamy nad morze, a jak wracamy, to wyniki męża są zawsze lepsze. W grupie internetowej do której należę, oskarżono mnie kiedyś, że kłamię, że uśmiercam męża byle zostać w grupie. Chodziło o to, że usuwano osoby które się nie udzielały . Napisałam zgodnie z prawdą, że nie mogłam się udzielać, bo mąż choruje, że miał wtedy bardzo zły etap w swoim życiu. Dziewczyny nie uwierzyły, bo jak można mieć na swojej tablicy na facebooku zdjęcia z nad morza, skoro mąż taki chory. Można, bo choroba to nie śmierć, trzeba żyć póki się da. Nie wolno się poddawać, położyć do łóżka z różańcem w ręku i czekać na śmierć. I mój mąż właśnie się nie poddaje! Dla siebie, dla mnie i naszej trójki dzieci.

Zamiast pamiętnikowego wpisu, postanowiłam napisać Wam dziś o tym wszystkim, ku przestrodze. Jedno USG wykonane co roku (koszt około 50 zł.) może wykryć raka odpowiednio wcześnie i uratować Wam życie.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka