niedziela, 2 sierpnia 2015

DZIEŃ 128 - I CO DALEJ... ?

 
 
Doszłam dziś do wniosku, że tak naprawdę to nie wiem czego chcę. Wiem czego nie chcę, ale tego co chcę to nie. Ciągle coś planuję, coś organizuję i zawsze to coś, okazuje się potem inne niż to sobie wyobrażałam, inne niż bym chciała. Powiecie pewnie, że wymyślam, że zbyt dużo wymagam, że mam się cieszyć z małych rzeczy... cieszę się z małych, ale chciałabym też cieszyć się z dużych, a tych dużych po prostu nie ma. Jak mam całe życie cieszyć się z małej marcheweczki w ogródku? Jak przez resztę życia cieszyć się tylko z tego, że żyję? Owszem, to sprawia radość, ale czy tylko to mnie już czeka? Należę do osób, które potrafią sporo zdziałać, ale na dzień dzisiejszy nie mam możliwości wyjścia z tego marazmu. Całe życie muszę podporządkować dzieciom, i powiem szczerze, że przychodzą chwilę, że tego nienawidzę. Nie dzieci nienawidzę, ale tego podporządkowania, tego cholernego uwiązania, braku czasu dla siebie i męża. Przez to ciągłe "co dać małemu na obiad", "Sandra zrobiła to i to" itd.,itp nie potrafimy już z sobą o niczym innym rozmawiać. Gdyby nie choroba męża, pewnie powiedziałabym "odbijemy to sobie jak synek podrośnie", ale nie powiem, bo nie wiem czy to sobie zdążymy odbić. Dlatego chcę robić wszystko na raz, ale zwyczajnie się to nie udaje. Bo jak spacerować w blasku księżyca kiedy w domu jest śpiące dziecko, budzące się co godzinę? Jak trzymać się za ręce skoro ciągle jedno z nas pcha wózek? Jak pojechać gdzieś razem na weekend, przecież nie zostawię dzieci same?

Co do zostawiania dzieciaków samych, to też u mnie jest dziwna sprawa, bo widzę inne małżeństwa wysyłają pociechy na kolonie i jadą sami odpocząć, a u mnie ciągłe wyrzuty sumienia na to nie pozwalają. Bardzo chciałabym tak zrobić, ale na razie po prostu nie potrafię. Wychowałam dzieci na wielkich egoistów, i nawet jeżeli spróbowałabym im to wytłumaczyć to moja próba spełznie na niczym, bo najstarsza zacznie się drzeć na pół wioski, środkowa niby słucha, ale nie słucha, a synek ma niewiele więcej niż dwa lata to co takiemu wytłumaczysz? Połowa, a może więcej życia już za mną, przed mężem też nie wiadomo ile lat zostało, a życie przecieka nam między palcami...

Pół niedzieli dziś przepłakałam nad tymi rozmyślaniami, a czasu miałam sporo, bo wyjątkowo źle się czułam i leżałam w łóżku. Faceci zrobili obiad (zawsze w niedzielę robią), a mi w głowie tylko jedno siedziało... czas, czas, czas... goni. Dopiero po południu wybraliśmy się na krótką wycieczkę rowerową, jednak nie dałam rady i przesiedliśmy się do samochodu. Chciałam zrobić przyjemność synkowi i zabrać go na lody (takie jak nad morzem) ale nie chciał, widocznie się przejadł. Wolał za to gonić gołębie po rynku w Skoczowie. Później wybraliśmy się do najpiękniejszego miejsca jakie znam w naszych okolicach, na Kaplicówkę, czyli wielkie wzgórze (nawet Papież Jan Paweł II tam odprawiał mszę podczas jednej ze swoich pielgrzymek), skąd mieliśmy widok na całą okolicę: Bielsko-Biała, Ustroń, Wisła, Pierściec, Skoczów i okoliczne miejscowości. Z racji tego, że nie zabrałam aparatu (poprawię się) zdjęcia robiłam telefonem męża (średniej jakości), więc i zdjęcia są kiepskie.






 
Spędziliśmy tam trochę czasu, ale zaczął padać deszcz, więc nie pozostało nam nic innego jak wracać do domu. A w domu jak to w domu, kąpiel, kolacja, siusiu, paciorek i spać. Marzy mi się całkiem co innego (może nie dosłownie to co Wam zaraz pokarzę), ale raczej nic z tego nie będzie, nie w tym nastroju w którym jestem. A co takiego mi się marzy? Zobaczcie sami :) KLIK
Obejrzyjcie i śnijcie :)

P.S Mam prośbę - zaobserwujcie mojego bloga, a chętnie się odwdzięczę:)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka