wtorek, 15 września 2015

DZIEŃ 173 - NICZEGO WIĘCEJ...


Nie wiem czy też tak macie, jak ja,że tytuł posta przychodzi Wam do głowy dopiero w trakcie jego pisania? Ja prawie codziennie w tytule wpisuję dzień, a dopiero pod koniec pisania, przychodzi mi pomysł na tytuł :)Teraz też tak mam :) Wczoraj byłam zmęczona i narzekałam na dzieci, a dziś stał się cud i synek cały dzień był jak aniołek. Nie wiem jak to się stało, skąd ta diametralna zmiana, ale wolę się nie zastanawiać tylko cieszyć się chwilą. Nawet w nagrodę kupiłam mu lampkę nocną ,taką jaką ja zawsze chciałam mieć. Wiem, że akurat ta lampka to żadna rewelacja, bo są już lepsze, z projektorami i melodyjkami, ale i ja i synek cieszymy się z niej jak...dzieci :) Tylko tak sobie myślę, że mogłam jednak wybrać zieloną. Leżeliśmy sobie cały wieczór i podziwialiśmy tańczące na suficie iskierki odbijające się z tego cuda. I pomyśleć, że mnie, starą babę, taka głupotka potrafi uszczęśliwić, a dodatkowo dodaje mi skrzydeł fakt, że mały jest tak samo zachwycony.

Muszę się jeszcze czymś pochwalić - mój mąż po przeczytaniu wczorajszego postu skwitował go jednym zdaniem "nie jesteś idealna? to czemu ja o tym nic nie wiem?" I jak tu go nie kochać? Był szczery, albo dyplomatycznie wybrnął z sytuacji. W sumie nie musiał nic mówić, bo o nic nie pytałam, więc chyba był jednak szczery. Dodam jeszcze tylko, że mimo, że nie jestem idealna, i zdaję sobie z tego sprawę, to akceptuję to całkowicie. Nie ma sensu dążyć do ideału, cokolwiek to znaczy, bo po co? W imię czego? W imię życia, które pędzi do przodu nieubłaganie .Nie mam zamiaru ani czasu na sprzątanie codziennie po kilka godzin, a i bez mojego rozeznania w sprawie omletów i naleśników świat się nie zawali:) Po za tym moje życie jest idealne - na swój sposób ;)

Mówiąc ogólnie, wtorek był dla mnie łaskawy i leniwy. Synek spał pół dnia, po nieprzespanej z powodu kataru nocy, ja spokojnie wypiłam trzy kawy, obrałam pietruszkę i nawet poczytałam książkę. Wszystko w absolutnej ciszy, żeby tylko nie obudzić małego. Po cichu liczyłam, że obudzi się dopiero jak mąż z pracy wróci, ale aż tak dobrze nie było. Nie mogę jednak narzekać. Po południu odwiedziłam pierworodną w bursie, bo dopiero dziś dotarły z księgarni Gandalf jej książki do nauki j,angielskiego i j.francuskiego. Półtorej tygodnia trwała dostawa -już nigdy u nich nie zamówię. Tym razem była to ostateczność, bo tylko ta księgarnia miała wszystkie tytuły. Odnoszę wrażenie, że córka lepiej się czuje w bursie niż w domu, i z tego się bardzo cieszę. Tak się martwiła, że nie znajdzie przyjaciół, że będzie beznadziejnie, a teraz, po dwóch tygodniach czuje się tam jak w domu :) a nawet lepiej. Teraz już siedzę sobie w fotelu z kolacją i gorącą herbatą, oglądam"M jak miłość"i czuję się świetnie, niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba.

A jak u Was na dziś? Szczęśliwi? Zadowoleni? Czy raczej odwrotnie?
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka