poniedziałek, 4 stycznia 2016

DZIEŃ 283 - BO JO CIE KOCHOM...

 

Chyba jestem Wam winna sprostowanie, dotyczące wczorajszej "Ody...". To była tylko rymowanka. Jestem osobą bardzo, ale to bardzo impulsywną, wszystko mocno przeżywam, ale...mojego męża kocham ponad własne życie. Nawet jeżeli w danym momencie się złoszczę na niego i sączę jadem.
On jest dla mnie słońcem podczas burzy, moim światłem w tunelu, moją oazą na pustyni, bez niego mój świat byłby niczym.
Taka prawda, taka miłość. Równie mocno kocham, jak mocno się złoszczę. Wiele razy pisałam już, że blog jest dla mnie swoistą terapią. To tu mogę wylać wszystkie uczucia, mogę się"wygadać". Czemu tu? Bo w życiu mam problem ze słownym wyrażeniem uczuć, nie potrafię o nich mówić, dlatego o nich piszę. Jestem twardą sztuką, ale nawet twarde sztuki muszą mieć sposób, żeby tą"twardość"utrzymać" i nie zwariować. Ci, którzy czytają mnie od jakiegoś czasu systematycznie, wiedzą, że bardzo przeżywam chorobę męża, że się boję, ale...staramy się mimo to żyć normalnie, a normalnie, to w naszym wydaniu znaczy kłócić się, a potem godzić(chyba po to się kłócimy), złościć, a potem rozkwitać na nowo młodzieńczą miłością,itd,itp. Mąż mnie zna i wie, że muszę się wykrzyczeć, pomarudzić, żeby się wyciszyć i odreagować. Wie, że jestem czepialska, ale wie też, że zrobiłabym dla niego wszystko. Wczorajszą "Odę..."przeczytał, i wiecie co powiedział? Że mam rację, bo w momencie jej pisania to właśnie czułam, a za kilka godzin z mojej złości nic nie zostało. Mój blog to pamiętnik, pisany tu i teraz, często pod wpływem emocji, a czasem z przymrużeniem oka, i chyba dlatego tu wracacie, bo te emocje , które opisuję są w nas kobietach na porządku dziennym. Takie jesteśmy, i o tym była oda, o różnicach między kobietami i mężczyznami, o tym, że tyle nas dzieli, a mimo to ciągle jesteśmy razem, i o tym, że nie możemy się zrozumieć, ale...w tym cała przyjemność. Bo czym byłby związek, gdyby ludzie byli tacy sami? Jakby to wyglądało, gdyby wszystko było idealnie? Ja bym się zanudziła na śmierć. Nie na darmo mówią, że"przeciwieństwa się przyciągają". I jeszcze jedna rzecz - łatwiej było mi pisać o złości i żalu, niż o miłości, bo ody o miłości chyba bym nigdy nie skończyła, taka byłaby długa ;)
Teraz może troszkę o dzisiejszym dniu. Po tylu dniach świąt i wolnego, ciężko było obudzić się samej w łóżku, zwłaszcza, że wieczór zakończyliśmy w bardzo romantyczny sposób. Znacie tą scenę z filmu, kiedy to dziewczyna, nie otwierając oczu, szuka swojego ukochanego ręką po drugiej stronie łóżka,a jego nie ma? Takie coś dziś mnie spotkało. Pustka... Przez te wszystkie dni mąż działał mi na nerwy, a jak go zabrakło, to w momencie ogarnęła mnie tęsknota. Czy to normalne po trzynastu latach małżeństwa?
Jakoś jednak trzeba było przetrwać ten dzień, zwłaszcza, że synek domagał się śniadania. Jemu też nie podobała się ta cisza. Obie córki w szkołach, mąż w pracy, a za oknem -14 stopni... Żal mi było Sandry, jak chudzina musiała rano wstawać i wyjść na ten mróz. Chociaż pamiętam, jak za dziecka mróz nie robił na mnie wrażenia. Teraz też nie robi, dopóki nie muszę wyjść z domu ;) Dziś nie musiałam, ale i tak szukałam sobie zajęcia,bo chwila w bezruchu i stopy zmarznięte. Zdecydowanie preferuję jednak zimę niż lato. 100 razy bardziej wolę zakładać na siebie dziesięć swetrów, niż zalewać się potem podczas upałów. No i w zimie nie ma kleszczy, komarów, żmij, much i szerszeni:) Tak więc leżeliśmy sobie najpierw z synkiem i oglądaliśmy bajki, tańczyliśmy, jeździliśmy super autem, które ostatnio Iruś z mężem zrobili z kartonu, robiliśmy naleśniki i segregowaliśmy ubranka.


Synek dzielnie mi towarzyszył, i nawet nie wspomniał o wyjściu na spacer. Czas zleciał szybko, a potem już tylko powrót Sandry ze szkoły i męża z pracy. Wiadomo, od razu harmider i zamieszanie, ale wraz z tym, w szarą codzienność wdarł się promyk radości...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka