sobota, 4 lipca 2015

DZIEŃ 97, 98, 99 - AFRYKA... PRAWIE...

Wczoraj wieczorem pisałam Wam na facebooku, że przepraszam za brak pamiętnikowego wpisu. Powodem tego było oddawanie się marzeniom i rozmyślaniom nad tym, co jest mi potrzebne żeby je zrealizować. Moim marzeniem od zawsze było pojechać do Ameryki i zwiedzać, zwiedzać i zwiedzać - Wielki kanion, Nowy York, Wodospad Niagara. Co mi jest do tego potrzebne? Przed wszystkim pieniądze, ale to akurat najmniejszy problem, bo jak to mówią "pieniądze rzecz nabyta", po drugie muszę znać język angielski (przynajmniej podstawy), czyli w najbliższym czasie Asia uczy się angielskiego, i po trzecie - potrzebny jest mi mąż (mój mąż), zdrowy i w formie. Mimo, że wyjazd do Ameryki nie jest jego marzeniem, to ja nie wyobrażam sobie tej wycieczki bez niego, mimo, że codziennie powtarza mi "jedź sama, będzie taniej". Szczerze to żadnej wycieczki nie wyobrażam sobie bez niego, mimo,że marudzę na niego, czasem się drę itd, to sama bym nie pojechała. Wracając do języka angielskiego, to na dzień dzisiejszy umiałabym zamówić kurczaka, rybę i herbatę, i to nie całym zdaniem. Wiadomo, że każdy zna angielskie słowa, i to wiele - czy to z filmów, czy z internetu, czy ze zwykłych dziecięcych bajek, ale mówić pełnymi zdaniami to już potrzeba trochę nauki, i to jest teraz moim priorytetem. Tak więc Wielki Kanionie nadchodzę :)
To tyle o marzeniach. A rzeczywistość w ciągu ostatnich dwóch dni okazała się całkowicie nie amerykańska, ale za to afrykańska.Chyba w całej Polsce, nie tylko u mnie na Śląsku panują niesamowite upały, co raczej nie nastraja mnie pozytywnie. Lubię lato, nawet upały lubię, kiedy mogę włączyć wentylator, a nie mogę bo synek się boi. Tylko, że on może latać wprawie na golaska.
 


Po za tym i tak cały dzień musiałam spędzić na dworze, a to z racji tego, że mój mąż w dwa dni zepsuł dwie kosy spalinowe. Powodem tego był brak paliwa w baku kosy, więc postanowił"spuścić"paliwo ze swojego motoru. I "spuścił", razem z glonem z dna baku. Najpierw jedna kosa zgasła, więc nalał tego samego paliwa do drugiej, no i drugą też cholera wzięła. W efekcie mam nie wykoszony ogród i dwie kosy do naprawy, a i dom nie posprzątany, bo zamiast wszystko ogarnąć, to pilnowałam synka na dworze (co zawsze w sobotę robił mąż). Mimo tego wszystkiego i tak teraz czuję się świetnie zrelaksowana, bo mimo wszystko mąż był w domu, a nie w pracy i nie byłam ze wszystkim sama. W ciągu ostatnich dni dzieci dały mi tak w kość, że w piątek się z tego wszystkiego poryczałam. Może to wina upałów, a może barku obowiązków i szkoły a, ale dzieciaki nie wiedzą co ze sobą zrobić. Ciągle się kłócą i wrzeszczą. Zwariować można. Powiecie, że dorosną ani się obejrzę - owszem tylko, że ja tego chyba nie dożyję, albo posiwieję całkowicie. Nie ważne, koniec, już nie smęcę, bo są wakacje, czas urlopów, kusych spódniczek i opalonych torsów facetów. I wiecie co? Ten upał ma swoje dobre strony, bo mój mąż w dwa dni jest opalony na brąz, a ja to uwielbiam :) Lato więc zapowiada się ciekawie i owocnie, czego i Wam życzę.

Byłabym zapomniała - gdzie się wybieracie w tym roku na wakacje?



Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka