czwartek, 20 sierpnia 2015

DZIEŃ 145, 146 - FACECI...

 
Jak myślicie od kogo taki prezencik dostałam? od córki? od synka? A właśnie, że nie bo od męża :) Jest to metalowa tabliczka, na której wyryto powyższy tekst i obrazek. Podejrzewam, że mąż sam tego nie rył, ale twierdzi, że tak. Wydawać by się mogło, że to dziecinada, taki obrazeczek, ale dla mnie to słodkie, bo wiem, że myśli o mnie i stara się żeby sprawić mi przyjemność :) Oczywiście nie byłam mu dłużna, a że w pobliżu nie miałam blachy i dłuta, to dostał ode mnie takiego mmsa...
 
Trzy razy układałam to serce, bo zanim zdążyłam zrobić zdjęcie, to synek dokładał mi do tego garść kamieni, które serca nie przypominały .Ale udało się i wymiana uczuć nastąpiła. Tak było wczoraj. Oprócz tego odwiozłam najstarszą pociechę do cioci na dwa dni .Liczyłam w związku z tym na jakieś sprawy 18+ (wiecie jak to jest jak dziecka, zwłaszcza tego najbardziej kapującego nie ma w domu) ale niestety mąż był tak zmęczony, że nie miałam serca go męczyć.

A dziś burzowo... nie, nie na dworze, ale w moim życiu. To chyba ten cholerny cykl miesięczny i zmiana hormonów, bo już rano obudziłam się nakręcona. Na dodatek na strychu polował na mnie wielki szerszeń i nie miałam szansy na puszczenie dymka. Mąż jednak spisał się i w czasie pracy przyjechał go załatwić. Trochę mi ulżyło, ale synek znów dawał mi w kość. Wszystko było dobrze dopóki się z nim bawiłam, a jak tylko się oddaliłam to wrzask. Po południu byłam już tak znerwicowana, że się popłakałam .Do tego wkurzyłam się na M, bo ciągle mówi "a czemu mały nie umie kopać piłki?a czemu to...?a czemu tamto?" Cholera jasna - sam się tego ma nauczyć? Albo leżąc na kanapie z mężem i oglądając bajki? Czy może ja mam go nauczyć między gotowaniem, praniem, sprzątaniem i wysłuchiwaniem wrzasków? Już kolorów go nauczyłam, sikać do nocnika i wiele, wiele innych. Mąż zamiast uczyć go czegoś, to wykłada mu autka i robią wypadki, albo garaż, dzień w dzień. Ładnie mi kreatywna zabawa. Małemu do tego stopnia się to znudziło, że nie chce z nim nawet na dwór wyjść, bo tam już całkiem musi się sam bawić, a M siada na ławce i politykuje z moim ojcem, albo czyta gazetę. Jak tak dalej pójdzie, to synek ciągle będzie na mnie wisiał .Wystosowałam w związku z tym postulat "Ty masz osiem godzin pracy wykonywanej bez synka, więc ja też chcę mieć osiem godzin spokoju na wykonanie moich obowiązków, a do południa poświęcę czas dziecku". Nie do końca mu się to podobało, bo szybko obliczył, że musiałby do późnego wieczora sam zajmować się synem, ale nic nie powiedział. Wiadomo, że ja też taką zołzą nie jestem, ale niech widzi, że to nie jest wszystko takie różowe. Już mi teraz złość minęła, bo dziecko śpi, ja zrelaksowałam się w wannie, wygrałam trzeciego pendriva w jednym z konkursów i liczę na czwartego, ale chwilami myślałam dziś, że rzucę to wszystko i pójdę gdzie oczy poniosą. Jutro pewnie nie będzie lepiej, a weekend zapowiada się całkiem na wariackich papierach, bo zaczyna się skup jabłek, więc trzeba je otrzepać z drzewa, pozbierać do worków i zawieźć na skup, a że do mojego samochodu nie wejdzie więcej niż sześć worków (jeżeli nie chcę urwać zawieszenia)to muszę jeździć trzy razy. A teraz uwaga... wiecie ile nam płacą za kilo jabłek? 20 groszy. Czasem sobie myślę, że lepiej byłoby żeby zgniły pod drzewem, ale z drugiej strony mam blisko na skup i szkoda kasy, nawet tak małej. Teraz odwieziemy część owoców, tych które lecą z drzewa, a we wrześniu kiedy głównym skupującym będzie Niemiec (więcej płaci-30 gr ;) ) odwiozę resztę. Co roku, jak już mamy to za sobą jestem szczęśliwa, bo nie jest to lekka praca. Bolą plecy, nogi, a mąż do tego musi latać po drzewach, a potem te worki dźwigać. Tak to wygląda w polskiej rzeczywistości, za kilogram ekologicznych jabłek płacą 20 groszy, a w sklepie jabłka pełne chemii i nasmarowane woskiem kupicie za 3 zł. za kilogram. 
 
Nieźle co?
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka