piątek, 18 grudnia 2015

DZIEŃ 265,266 - WIGILIJKA...

Wczorajszy dzień był dziwny. Synek znów obudził się z bólem ramionka, płakał pół dnia. Kiedy zdecydowałam się na wizytę u lekarza, cudownie mu wszystko minęło. Nie wiem jak to jest, ale już kilka razy tak się zdarzyło. Około rok temu, przez trzy dni miał ogromną gorączkę, ale czekałam , wiedząc , że dzieci potrafią z minuty na minutę bardzo gorączkować, i tak samo zdrowieć. Kiedy zadzwoniłam do naszej pediatry umówić się na wizytę, synkowi w ciągu godziny minęło. Może ja czekam za długo, ale z doświadczenia wiem, że nie ma co panikować. Mając troje dzieci, wiem intuicyjnie czy to już, czy jeszcze nie teraz :) I do tej pory intuicja mnie nie zawiodła. W każdej wolnej chwili starałam się coś robić, bo niby porządki świąteczne zakończone, a ciągle coś wyskakuje. Tylko "Gwiazda Betlejemska"jest już na swoim miejscu od jakiegoś czasu :)


Pamiętacie mój remont miesiąc temu? Pisałam wtedy, że mąż uszczęśliwił mnie telewizorem, który powiesił na ścianie w sypialni, i wyobraźcie sobie, że do dziś nie jest ustawiony, czyli nie odbiera programów :) Zwyczajnie nie było na to czasu, a jak był to zapominaliśmy. Trzeba się w końcu za to zabrać.
Dziś moje dzieci i mąż mieli wigilijki. I tak mi się przykro zrobiło, że się popłakałam. Wszyscy idą na wigilijkę, a ja? Jak sobie świąt nie przygotuję, to spędziłabym je pewnie przy jogurcie albo parówkach, i przy karpiu, którego tato kupił 11 kilogramów. Sprzątam, obmyślam, planuję prezenty, piekę ciasteczka, a oni świętują. Może się mylę, ale nie tak to chyba ma być :( Jeszcze dodatkowe ciasteczka piekłam na te wigilijki, żeby dzieciaki miały, i nawet pierniczki mi się udały, według przepisu WIELOPOKOLENIOWO Co prawda z małymi przygodami , ale wyszły świetne :)Żeby trochę zabić myśli zabrałam synka i córkę do McDonalds, a tam masakra. Trafiliśmy na wycieczkę, ludzi pełno, miejsc zero, mały zaczął szaleć i wrzeszczeć. Uspokoił się dopiero kiedy otrzymaliśmy swoje zamówienie, ale oczywiście nie będzie jechał po posiłku do domu. I znów powtórka z rozrywki. Obiecałam dziś sobie, że ostatni raz pojechałam gdzieś z nim sama, bez męża. Z jakiej racji mam się sama z nim zwalczać?

Udało się jakoś dojechać do domu, po obiecaniu synkowi, że przyniosę ze strychu choinkę, a jutro będzie ją stroił :) I przyniosłam, postawiłam na korytarzu, a on przesiedział pod nią dobre dwie godziny .


I przez te dwie godziny na spokojnie posprzątałam, zrobiłam kolejną turę rafaello i kokosków, wypiłam kawę, a potem wrócił mój mąż marnotrawny. I nareszcie udało mi się odzyskać dobry humor. Kiedy tak patrzyłam jak Iruś cieszy się, skacze i głaszcze choinkę, której z ubiegłego roku nie pamiętał, odszedł ode mnie cały żal, bo przecież jego radość to moja radość, mimo zmęczenia, poczucia niesprawiedliwości, i chwilami zwątpienia. Teraz wieczorem położyłam już odświętne obrusy)które pewnie jeszcze przed świętami będę musiała prać), i zabieram się za wieszanie światełek i łańcuchów, tak żeby rano dzieci mogły ją stroić. Iruś nawet spać nie chciał iść, bo on czeka na Jezuska :)

Na koniec mam do Was takie pytanie- podpowiedzcie mi jak przemycić do jedzenia synkowi błonnik, taki w proszku? Nie je kisieli, soków nie chce, jedynie kompot, ale jak mu do kompotu dam błonnika to zrobi się właśnie kisiel. Muszę coś wymyślić, bo jego zaparcia nawykowe coraz bardziej się nasilają. Mimo, że już nie boi się tych spraw, to jelita się tak rozleniwiły, że sam nie daje rady. Myślałam o zupach, ale nie wiem czy dwa razy dziennie będzie chciał zupę. Błonnik podaje się bardzo specyficznie, bo 20 min. przed posiłkiem, miarkę błonniku trzeba w czymś rozpuścić(100 ml), dać mu skonsumować, i po 20-tu minutach ma zjeść posiłek. Trzylatkowi ciężko dać do zjedzenia coś, czego nie lubi :( Nie wiem jak sobie z tym poradzić.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka