czwartek, 14 stycznia 2016

DZIEŃ 292 - NIEKOMPETENCJA...CZYLI O TYM JAK WALCZĘ Z WIATRAKAMI I WSPOMNIENIAMI...



Od dwóch tygodni biegam po urzędach. Od skarbówki do starostwa, od starostwa do gminy, od gminy do notariusza.
I o ile w gminie, skarbówce i u notariusza wszystko można załatwić raz dwa, to w starostwie byłam już dobre 10 razy. Najpierw naliczyli mojemu tacie(który nie był już właścicielem domu) ogromny podatek, więc musiał się odwołać(moimi rękami). Odwołania nie uwzględniono, bo ...nie jest już właścicielem(a decyzja podatkowa była na niego). Odwołałam się więc ja, i tym razem uwzględniono moją sprawę. Potem wezwano mnie do doniesienia umowy dzierżawy pola - zawiozłam. Za kilka dni coś okazało się nie tak i kazano mi przywieść aneks do tejże umowy - też zawiozłam, z tym, że urzędniczka zdążyła zgubić poprzednią umowę, więc kolejny raz dowoziłam ten sam dokument.
Spieszyło mi się bardzo, bo potrzebny mi wypis i wyrys z ewidencji gruntów, ale nie dostanę go, bo Pani urzędniczka nie wprowadziła zmian do ewidencji. Kiedy już wydawało się, że wszystko ok, i mogę owy wyrys dostać, dzwoni telefon... Mam zerwać umowę, bo...tych umów na pięć lat nie ujawnia się w ewidencji gruntów. Tak, mam zerwać umowę, bo Pani niekompetentna po pół roku zorientowała się, że każe mi przywozić ciągle nowe dokumenty do czegoś, czego nawet nie powinno u nich być. Sprawa ciągnie się od czerwca, a dziś usłyszałam od niej"tak to jest, jak się robi coś na szybko". Lubię załatwiać takie sprawy, ale dziś wiele mnie kosztowało, żeby nie zrobić wojny w tym cholernym starostwie. Po przeanalizowaniu jednak zysków i strat, uznałam, że nie warto, bo w najbliższym czasie znów będę tam załatwiać podobną sprawę, a wtedy Pani niekompetentna specjalnie będzie ją przedłużać(o ile można bardziej). Mam jednak dobrą pamięć, i przyjdzie czas i na nią. Swoją drogą, jak to możliwe, że ktoś pracujący na tym stanowisku masę lat, nie ma pojęcia o podstawowych sprawach? Jak ten ktoś utrzymał się na tym stanowisku? Jest to dla mnie nie do pomyślenia. W piątek mam mieć podobno wszystko gotowe - aż się boję tego, co znów stanie na przeszkodzie.

I kiedy tak sobie walczyłam z biurokracją, mój mąż (nadal na chorobowym) miał ugotować zupę jarzynową , no i ugotował, ale jarzyny. Przyjeżdżam do domu, a ten mi mówi, że synek nie chce jeść. Patrzę, a w garnku woda i ugotowane warzywa. Próbuję, bez przypraw. Nie wspominając nawet o zasmażce. Jak zrobiłam to, co należy to dziecko jadło aż mu się uszy trzęsły. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że synek chodził za mężem naburmuszony i powtarzał: "bidki tata, ziupka bleee". Uśmiałam się z nich dwóch bardzo. Pytałam potem męża o co chodzi z tym niedoprawionym posiłkiem i co usłyszałam? "zapomniałem". Kurtyna ;)

A jutro jest dla mnie i mojej najstarszej córki wielki dzień. Moje małe dzieciąteczko skończy siedemnaście lat. Pokażę Wam tort jaki dla niej mam, ale nie dziś,bo to niespodzianka, a córka lubi czasem zajrzeć na bloga ;) Ile to wspomnień wiąże się z tamtą ciążą i porodem (nawet bomba była podłożona w szpitalu kiedy rodziłam córkę), ile radości i smutku...I z jednej strony cieszę się, że jest już prawie dorosła i samodzielna(chociaż to pojęcie względne), a z drugiej żal mi tych lat, które tak szybko zleciały...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka